Obserwatorzy

wtorek, 7 października 2014

Dlaczego płaczesz maleństwo?



Dostajemy wypis ze szpitala i z naszą śliczną kruszynką wchodzimy do domku pachnącego świeżutką pościelą z kolorowymi pluszakami i wesołą karuzelą nad łóżeczkiem. Aż tu nagle uświadamiamy sobie, że nie ma już za ścianą pokoju sztabu lekarzy, położnych ani pań od noworodków, które powinny nam pomóc przy maleństwie. Mnie ogarnęła panika i pytanie „Czy ja sobie poradzę??”. Moja piękna córeczka przecież się zaraz obudzi, zacznie płakać i co wtedy? I na co zacznie płakać? Pieluszka? Jedzenie? A może ją coś będzie bolało? Skąd mam wiedzieć kiedy ma porę spania i dlaczego płacze moje maleństwo???
Przede wszystkim wzięłam głęboki wdech, opanowałam się i…
Usiadłam z Julcią i nasłuchałam płaczu. Zaopatrzyłam się w butelkę, wodę do picia, herbatkę i próbowałam czy chce pić, czy jest głodna, zmieniałam pieluszkę, zmieniałam ubranko, masowałam brzuszek, kładłam na brzuszek, tuliłam aż w końcu trafiłam o co chodziło. A co najważniejsze to od samego wejścia do domu zaopatrzyłam się w czystą kartę papieru, długopis i utworzyłam sobie tabelkę, która wyglądała mniej więcej tak:


Karmienie
Sen
Aktywność
Kupka
·         Mleko sztuczne: godzina rozpoczęcia karmienia i ilość mililitrów
·         Karmienie piersią: godzina rozpoczęcia i zakończenia karmienia
Godzina, w której dzidzia zapadła w sen i o której się obudziła
Godzina wybudzenia się dziecka i jakie czynności były wykonywane (np. zmiana pieluszki, masaż brzuszka, leżakowanie itp.)
Godzina, w której dziecko się załatwiło




Prosta tabelka, a mnie ułatwiła życie. Przede wszystkim w ten sposób mogłam poznać Julki rozkład dnia i podporządkować się jemu. Dowiedziałam się kiedy mogę ją spokojnie wykąpać, kiedy ma porę na dłuższą drzemkę i mogłam z nią wyjść wtedy na spacer, żeby pospała na świeżym powietrzu. Oczywiście ta rozpiska ma charakter ogólnikowy, dzieci nie żyją dokładnie co do godziny, przecież to małe człowieczki, ale ma to za zadanie określić czy nasze dziecko je co godzinę czy też co trzy, czy zjada całe porcje mleka albo czy też lubi jeść na raty. Ile czasu lubi spać w dzień, a ile w nocy i czy wypróżnia się regularnie czy nie. O to wszystko później wypyta nas położna i pediatra. Poznajmy się z maleństwem i sami ułatwmy sobie życie, przecież nikt nie chce żeby dziecko płakało bez powodu! Oczywiście nie poznamy kruszynki w dwa dni, mnie zajęło to półtora miesiąca. Przede wszystkim pierwszy miesiąc to czas oswajania się ze sobą nawzajem i ze wszystkim dookoła. Mamy są zwykle w rozsypce, boli je brzuch po cesarce albo krocze po naturalnym porodzie, są w depresji a maleństwa się pomalutku normują. Słuchają i przyzwyczajają się do odgłosów w domu, czują emocje mamy i pomaleńku pokazują co lubią i kiedy. Najprostsza metoda zapoznania się z własnym dzieckiem to jego obserwacja i nasłuchiwanie dźwięku płaczu, bo przecież to jest jego język, maleństwo nie potrafi mówić!






 


poniedziałek, 6 października 2014

Szpitalna masakra



Matki na starcie są straszliwie przegrane, z jednej strony doświadczają najpiękniejszych momentów w swoim życiu, a z drugiej czeka je walka i to z personelem szpitala. Poród pięknie przyjęty, lekarze skaczą wokół nas na każde jęknięcie, położne uprzejme pomagają borykać się  z narastającym bólem i strachem. Potem dziecko się rodzi zawożą nas do sali poporodowej i zaczyna się cała lawina nieszczęść. Bynajmniej ja tak to odczułam.
Zaczęło się niewinnie, przeszli lekarze na obchód i zadecydowali, że jak tylko troszkę lepiej się poczuje to przyjdzie ktoś wyciągnąć cewnik i pomóc wstać żeby dojść do łazienki itp. Och… gdy tylko wyszedł lekarz to jedna z położnych czy pielęgniarek (już teraz nawet nie pamiętam) jednym szybkim ruchem pach i wyciągnęła cewnik. Nie zdążyłam nawet zaprotestować! Od razu kazała mi wstawać. Posłusznie jakimś cudem podciągnęłam się do siadu i już mi było słabo, a ta mnie pociągnęła dalej i miałam już chodzić. Zrobiłam tylko jeden krok i od razu padłam z powrotem na łóżko. Nie miałam kompletnie sił, ciemno miałam przed oczami. Wielkie zdziwienie miała ta baba wymalowane na twarzy. Ale to jeszcze nic potem przyszły mi pomagać kobiety od noworodków karmić dziecko i każda oczywiście inna metoda, na chama pchały twarz dziecka na pierś. Malutka mi się zanosiła niesamowicie, bo nic tylko pchały ją na cyca, a mnie ściskały brodawki żeby wyszły na wierzch. Bolało okrutnie. Układały mi dziecko na rękach mądrując się, że tak mi będzie wygodniej. Akurat… albo miałam ją za nisko albo za wysoko. Podkładały mi pod ręce tysiące ręczników i innych dziwnych rzeczy ale wcale mi to nie pomagało, a jak powiedziałam że nie chce takiej pomocy to wielkie oburzenie i zaraz mnie pouczały, że się oburzam.
Najgorsze były noce. Leżałam w pozycji półsiedzącej modląc się, żeby dziecko mi się nie budziło, bo nie mogłam się ruszyć. Do telefonu miałam z jakieś 10 kroków, które na tamtą chwilę była jak wyprawa na Mount Everest. Gdy musiałam już po którąś z tych kobiet na dyżurze zadzwonić i łaskawie przyszła żeby nakarmić mi dziecko butelką lub przebrać albo umyć bo mi się dzidzia smółką załatwiła to słyszałam tylko jedno w kółko „musi się Pani ogarnąć, zaraz będzie druga doba od porodu a Pani nie może wstać do dziecka”. Usiadłam i się rozpłakałam, cholera jasna byłam przecież po cesarce, schodzenie z łóżka szpitalnego zajmowało mi około 10 minut, rwało mnie i bolało, nie miałam sił wziąć własnego dziecka na ręce mimo, że to była jedyna rzecz jakiej pragnęłam pod słońcem i jeszcze ten baby baby blues... Nikt tam się nikim nie przejmował. Najgorsze jest to, że przy wypisie do domu, po drugiej dobie od cięcia nie przyszedł do mnie żaden lekarz sprawdzić jak wygląda moja rana ani czy w ogóle powinnam wyjść. Dostałam kartę wypisową w pośpiechu i miałam tylko podpisać, że wychodzę. I wyszłam dziękując Bogu, że Julcia była zdrowa i mogłam ją zabrać już do domu…
A wy drogie mamy jak przetrwałyście pobyt w szpitalu???

niedziela, 5 października 2014

Nie noś, bo przyzwyczaisz!

W Twoim domu pojawił się noworodek, a wraz z nim cenne rady od Mam, Babć i Cioć. Nosisz swoje Dziecko, przytulasz, robisz wszystko aby czuło się bezpieczne i kochane, gdy nagle słyszysz :

"Nie noś Go tyle, bo się przyzwyczai."

I z jednej strony myślisz sobie "niech gadają", a z drugiej "co jeśli mają rację?".

Zaznaczam, że to co tutaj przeczytasz, to moje zdanie i doświadczenie, a także zdobyta wiedza. Uważam jednak, że postępuję i myślę prawidłowo.

NOSISZ swoje Dziecko 9 miesięcy w brzuchu. Czuje bicie Twojego serca, słyszy Twój głos, jest z Tobą 24 godziny na dobę. Jest mu ciepło, przytulnie i bezpiecznie. Ono już JEST PRZYZWYCZAJONE do noszenia. Nie oczekujmy, że zaraz po urodzeniu spodoba Mu się leżenie samemu w wielkim, pustym łóżeczku cały dzień. Nie dziwmy się, że płacze gdy Je odłożysz.Przecież prawie rok było nierozłączne z Mamą. Potrzebuje czasu, niekiedy całkiem sporo żeby przyzwyczaić się do nowego świata. Do noszenia już nie trzeba Go przyzwyczajać. Należy dać Mu czas żeby "oswoiło" się z faktem, że nie jest już w ciepłym brzuszku, a w zupełnie nowym otoczeniu. Wyobraź sobie, że nagle ktoś niezwykle Ci bliski wywozi Cię w kosmos. Na inną planetę. Zostawia Cię w nowym miejscu i idzie zając się swoimi sprawami, od czasu do czasu zaglądając jak sobie radzisz. I jak? Denerwujesz się, nie wiesz co się dzieje i chcesz aby ta osoba była nadal przy Tobie. Dajmy Dziecku czas. Wychowuj Je po swojemu, a gdy zapragniesz rad - zapytaj. Jesteś Mamą, instynkt Cię poprowadzi. A na dobre rady bierz poprawkę i nigdy nie pozwól aby Cię złamały.

Noworodek jest CZŁOWIEKIEM. Wymaga szacunku i zrozumienia, jak każdy. Nie potrzebuje wypasionej kołyski, karuzelek, pozytywek i baldachimów. Przede wszystkim potrzebuje Mamy.

J. 

piątek, 3 października 2014

Baby blues - zmora poporodowa



Po porodzie dopada kobiety coś strasznego, coś co zostawia ślad na psychice i psuje cały obraz nowej roli – roli matki. Jest to tzw. baby blues lub co gorsza depresja poporodowa. Ja szczerze powiem nie wiem co mnie trafiło ale trzymało mnie równy bity miesiąc. Zaczęło się wieczorem tuż po porodzie jak zabrali mi małą do sali noworodkowej. Myślałam o wszystkim, znieczulenie puszczało, rana mnie zaczynała boleć niemiłosiernie i lała się ze mnie krew na potęgę. Jakby tego było mało ciągle słyszałam płacz Julki i wcale nie mogłam spać. I wtedy zaczęłam szlochać zupełnie bez powodu i co gorsza wkurzał mnie ciągły płacz mojego dziecka. Teraz to nie do pomyślenia dla mnie, ale wtedy buzowały we mnie hormony i nie byłam wcale sobą. Rano jak przynieśli mi malutką już nie miałam takich myśli jej widok mnie uspokoił, ale szlochanie mi pozostało. Płakałam ciągle z byle powodu, nawet jak się cieszyłam! Po dwóch dobach w szpitalu (które opisze innym razem) zostałyśmy wypisane do domu. I tu się dopiero rozkręciła cała depresja. Nie potrafiłam i nie mogłam karmić małej piersią co tylko pogorszyło mój stan psychiczny. Miałam kompletnie nie chwytliwe brodawki, wklęsłe do środka, a maleńka nie potrafiła tego złapać. Ja załamana próbowałam ściągać mleko laktatorem. 5 dni walki, ciągle tylko pompowałam do butelek mleko, aż nagle dostałam takiego nawału pokarmu, że nie nadążałam ściągać a malutka tego zjadać, piersi zrobiły mi się czerwone i bolesne na maxa. Próbowałam jeszcze ją przystawiać, ale mała odwracała główkę i wcale nie chciała pić ani kropli, a ja też nie mogłam usiąść z nią wygodnie ani leżeć bo brzuch to czułam jakby mi rozrywało. Wizja ciągle pompującej lakatorem matki na macierzyńskim wcale mnie nie cieszyła, bo nie miałam przez to czasu na jedzenie ani na spanie, a już najgorzej bo brakowało czasu na zajmowanie się dzieckiem. Wytrzymałam z bólem piersi dwa bardzo długie dla mnie dni. Okładałam kapustą, polewałam piersi zimnym prysznicem i je masowałam przez dwie noce non stop. Ból był tak mocny, że pięściami waliłam w ściany , tupałam nogami i już krzyczałam na koniec, żeby to zatrzymać. Rano mąż zawiózł mnie do szpitala i to był już ostatni gwizdek, bo już miałam zapalenie piersi. Dostałam leki na zatrzymanie laktacji i tak zakończyła się cała historia karmiącej mamy… Załamałam się totalnie. W domu po powrocie od lekarza, jakby tego było mało rana mi się otworzyła i sączyła ropą. Wszystko za sprawą zimnych pryszniców, jednak zalewanie rany wodą przez dwie noce nie sprzyjają gojeniu. Położna jak to zobaczyła rozłożyła ręce i kazała jechać na oczyszczenie rany i zbadanie czy coś się w środku nie wydarzyło. No i miałam kolejną wycieczkę do szpitala. Ranę oczyścili i już miało być ok. Och jakże się myliłam. Okazało się, że Julka nie trawi mleka sztucznego i zaczęły się zaparcia. Ja roztrzęsiona, zapłakana, stałam nad nią taką biedną maleńką z bolącym brzuszkiem i wbijałam sobie do głowy, że jestem najgorszą matką na ziemi. Myślałam, że jej płacz spowodowany jest tym, że jestem złą matką, bo się nią nie zajmuje, bo  tylko leże z tą raną na wierzchu i płacze. Naprawdę teraz to nie do zrozumienia przeze mnie dlaczego byłam taka słaba, na każdy płacz dziecka reagowałam histerią i sama płakałam razem z nią. Nie chciałam jeść wcale, nie mogłam pić o sen też mi było ciężko, w dodatku lek na zatrzymanie laktacji działał okropnie, miałam zawroty i ból głowy.
Dzięki Bogu, że miałam obok siebie mojego męża przez dwa tygodnie, który zajmował się Julcią, wstawał do niej w nocy, tulił, przebierał i co tylko się dało jak ja się zbierałam w sobie by dojść do siebie. No i była jeszcze moja mama, którą trzeba ozłocić za anielską cierpliwość i wyrozumiałość w całych tych 3 tygodniach, które spędziła u mnie by móc się zatroszczyć o mnie i dziecko. Wspominam ten etap bardzo ciężko, ciągle mnie bolał brzuch, psychicznie byłam rozbita. Nie umiałam się cieszyć tamtymi chwilami z córeczką. Leżałam i spałam na siedząco, bo tylko tak jeszcze czułam się w miarę komfortowo. Dziecko miałam tylko po karmieniu, żeby spała na mnie i słuchała bicia serca, co dobijało mnie już całkowicie, bo nie mogłam być w pełni jej mamą. Ciągle potrzebowałam, żeby mi ktoś pomagał, nawet wykąpać się nie potrafiłam sama, musiał ktoś mnie asekurować żebym się nie wywróciła. To był baaaardzo trudny czas, ale to wszystko sprawiło, że uwierzyłam w coś co powiedziała mi mama „Im więcej problemów na początku, im więcej przecierpisz tym bardziej pokochasz swoje dziecko”. Te słowa ciągle mam w głowie i to jest prawda, dzisiaj moja córka jest dla mnie całym światem, a ja wiem, że ja jestem całym światem dla niej! Na szczęście po trzech tygodniach rana się zabliźniła, przestałam płakać z byle powodu i zaczęłam się cieszyć moim nowym życiem...

czwartek, 2 października 2014

Kiedy w końcu Cię zobaczę?

Ostatnie dni niemożliwie się ciągnęły..
Wydawało mi się, że już zawsze będę w ciąży. Minął 40 tydzień. 30 kwietnia (termin) siedziałam jak na szpilkach. Czekałam, czekałam, czekałam...Nic się nie działo!

Następnego dnia również czekałam. Milka była aktywna jak zawsze. Nic nie wskazywało, że zacznę rodzić. I nie zaczęłam...

Jak co noc siedziałam w pokoju Milenki, czytałam fora internetowe. "Kiedy poznam, że to już?" Analizowałam opowieści innych mam.

O 3 w nocy ogarnęło mnie dziwne przeczucie. Wiedziałam, że w ciągu 24 godzin urodzę. Poznam moje Dziecko. O 6 zaczęły się skurcze. Delikatne i nieregularne. Wiedziałam, że to JUŻ. Sukcesywnie liczyłam odstępy pomiędzy skurczami. P. nalegał żeby jechać do szpitala, ja jednak chciałam jak najdłużej zostać w domu. Wytrwałam do 17. Odstępy do 5 minut - JEDZIEMY!

W szpitalu badanie - zero rozwarcia, trochę to potrwa...
USG - dziecko waży 4700 g!
KTG - skurcze poza skalą...
Kolejne USG, zmierzyli mnie żeby sprawdzić czy dam radę urodzić tak duże dziecko. Nie dam.
Decyzja : jutro rano cesarka.
Ale jak to jutro? A te skurcze? Dostałam zastrzyk przeciwbólowy i do łóżka. Dobranoc, do jutra.

Była godzina 20, więc P. został oddelegowany do domu.
O 21 usłyszałam to charakterystyczne "pyk", o którym tyle czytałam na forach. Odeszły mi wody...
Dostałam godzinę aby poinformować kogo trzeba i się ogarnąć Nie było to jednak takie proste, bo skurcze nasiliły się. Jeśli wcześniej były poza skalą, to teraz były już chyba do nieba. Chodziłam po ścianach! Z tego bólu traciłam świadomość, mało pamiętam z tamtej godziny.

O 22 stałam powyginana z bólu pod blokiem operacyjnym. Przerażona i podekscytowana zarazem. "Do zobaczenia za chwilę Gwiazdko..."

02.05.2014 o godzinie 22:30 przyszła na świat moja Córeczka, Milenka. 4190g i 56cm szczęścia. 10/10 pkt w skali Apgar. Duża, zdrowa i podobna do Tatusia.

Najpiękniejszy moment w moim życiu.
Od teraz jestem Mamą...

J.